Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"Dzieci bohaterów"

autor: Lyonel Trouillot

Kłamstwo może cię zabić.

Biegun zimna, stepy Afryki, podnóże Himalajów, albo rajska wyspa Haiti, wszędzie, choć na krótką chwilę, czasem nawet tak ciche, że nie można go usłyszeć, pojawia się słowo. Wydaje się, że to nic takiego, to tylko dźwięk. Czasem jednak to słowo ma swoje „echo”, które może zmienić smutek w radość, czasem pchnąć czyjeś życie w innym kierunku.
W slumsach Port-au-Prince mieszkają Colin i Mariela, rodzeństwo, którego świat ograniczony jest do marzeń, snów i słów. Czasem są to słowa błagalnej modlitwy matki, a czasem wspomnienia ojca pełne goryczy niespełnienia. Z niespełnienia rodzi się strach, który musi domagać się szacunku i robi to bezustannie. Czasem robi to snując opowieść o wspaniałej przeszłości, o młodych latach i przerwanej karierze sportowej, czasem jednak żąda zadając ciosy wymierzone w matkę. Dzieci słuchają. Uderzenie pojawia się nagle, i tak samo szybko się kończy. Staje się jednak czymś, do czego można się przyzwyczaić. Ukrywana złość skierowana jest raczej na matkę, że pozwala się tak poniżać, że nie reaguje tylko wciąż się modli. To jej wina. Zasłużyła. Czym innym są powtarzane przez ojca historie o boksie i odgrywane sceny walk z przeciwnikiem, którego nie ma. Prawy prosty, lewy sierpowy. Dzieci uczestniczą w walce uciekając przed ciosami ze śmiechem. „Ich obecność podnosi jego morale”. Boks, to dopiero było życie. Ile w tych opowieściach jest prawdy nie wie już chyba nawet on sam. Ważne, że jego własne dzieci widzą w nim silnego człowieka
Pewnego dnia, przechodząc koło warsztatu samochodowego, w którym pracuje ich ojciec, dzieci stają się świadkami sceny, która zmieniła ich życie, zburzyła ich poczucie bezpieczeństwa. Właściciel warsztatu słowami pełnymi pogardy zwymyślał ich ojca. Zobaczyli, że ich ojciec, ten silny człowiek jest nikim. Zrozumieli, że wszystko było kłamstwem, a z kłamstwem nie da się żyć, od kłamstwa trzeba się uwolnić.
Rodzeństwo zabija tego silnego człowieka. 
Morderstwo, śmierć jest tym co ludzi przyciąga. Dość już słów. Uciekają pozostawiając za sobą gęstniejący tłum. Za plecami świat w którym żyli, przed nimi ten o którym marzyli. "Jakby dwa miasta w jednym. Dwa martwe miasta odwrócone do siebie plecami". Trzy dni życia poza slumsami są jak błyskawiczna podróż przez pędzącą obojętność bogaczy, strach budzący się w podziemnych tunelach, przepocony tłum robotników i piękny widok na całe miasto ze szczytu góry.

Powieść Lyonela Trouillot to historia wyjątkowa ale i uniwersalna, ponieważ mogła wydarzyć się wszędzie, w każdym zakątku świata. Na kilkudziesięciu zaledwie stronach zawarł wiele spostrzeżeń dotyczących ludzkiego życia. Umiejętnie pokazał, że każdy człowiek, nawet ten najmniejszy, ma swój świat wewnętrzny, którego nie da się w prosty sposób opisać słowami. Czytając „Dzieci bohaterów” widzimy jak odmiennie od dorosłych dzieci mogą rozumieć otaczającą rzeczywistość. I jak ważne jest to, co mówimy bo czasem słowa mają swoje „echo”, a kłamstwo może cię zabić.


Tomasz R.Głogowski
Wydawnictwo 

Interesujące Cię książki znajdziesz w E-bookarni Pana Szczura

czwartek, 13 grudnia 2012

Pogorzelisko

Tomasz R.Głogowski


   Zbliża się świt. Mewy krzyczą nad spokojną taflą porannego morza. Szybując okrążają ten szczęśliwy niegdyś piaszczysty zakątek ziemi. Wydmowy domek, tak nazwały to miejsce nasze dzieci. Nad wydmowym domkiem zawsze przelatywały mewy i zawracały. Ja mogłam zawrócić jedynie myślami.
   Pamiętam jak dziś to miejsce, gdzie aromat ciasta mieszał się z zapachem jeszcze ciepłego piasku.  Dzieci znosiły go co dzień na swoich bosych stópkach.
Znów będę musiała po was zamiatać! wołałam za nimi robiąc groźną minę, a one śmiały się, widząc moją udawaną złość. Nawet teraz słyszę ten śmiech i trzeszczenie desek w podłodze, jakby cała czwórka przebiegała znów w huraganowym tempie przez salonik. Nie mogę teraz stąd odejść. Muszę zostać, by odnaleźć w wyobraźni te zapachy pośród swądu niedopalonych jeszcze ścian i stropu.
  Poprzedniego dnia inspektor powiedział, że jest już zbyt ciemno, żeby znaleźć jakieś ślady w tej masie zwęglonych zgliszczy, że trzeba iść odpocząć, wyspać się. Przekonywał, że sen dobrze mi zrobi. Płakałam, tłumacząc, że nie mogę. Nie chcę stąd iść. Boję się, że gdy rano wrócę w to miejsce i gdy zobaczę je w świetle dnia to nie dam sobie z tym rady. Inspektor pokiwał tylko głową na znak zrozumienia i oddalił się obiecując, że jutro przyjedzie tak wcześnie jak to będzie możliwe.
   Przysiadłam na schodach, które kiedyś prowadziły na małe poddasze z małymi pokoikami. Tam, w swoich małych łóżeczkach zasypiały szczęśliwe i budziły się nasze dzieci. Wieczorami, gdy już spały, uwielbiałam siadać na najwyższym stopniu razem z Krzysztofem. Mogłam wtedy, w tej chwili ciszy zamknąć oczy i położyć głowę na jego ramieniu. Jego palce odnajdywały i otulały delikatnie moje dłonie, dając im przyjemne wytchnienie po pracy. Czułam jak ich ciepło rozpływa się falą, ledwie wyczuwalnym dreszczem i rozgrzewa całe moje ciało. Czasem siadałam na schodach sama, z kieliszkiem czerwonego wina i patrzyłam jak przy oknie, w świetle lampki klei swoje małe modele statków i umieszcza je precyzyjnie w butelkach.
   Wyglądał przy tym jak ten chłopiec, którego poznałam w porcie na festynie. Pamiętam, że tego dnia bardzo płakałam. Butelka z umieszczonym w niej stateczkiem, którą dostałam od dziadka wysunęła mi się rąk, potoczyła po nabrzeżu, a potem wpadła do wody znikając w głębinie zatoki. Wtedy podszedł do mnie. Miał może czternaście lat.  Uśmiechając się łagodnie obiecał, że zrobi dla mnie nowy, jeszcze piękniejszy statek. Gdy usłyszałam ta obietnice troszkę się uspokoiłam. Kilka dni później przekonałam się, że potrafi dotrzymać słowa. Byłam bardzo szczęśliwa... Od tamtej chwili ufałam każdemu jego słowu. 
   Klejenie modeli statków było jego pasją. Niemal wszystkie, które później zrobił rozdawał znajomym i przyjaciołom przy różnych okazjach. Kilka zostawił dzieciom do zabawy i jeden, który przypominał mu ojca.
  Teraz jest mi zimno. Wiatr od morza podsyca płomienie wyskakujące niespodziewanie w górę z tlących się jeszcze kawałków drewna. Stare schody nie prowadzą już do dziecięcych sypialni. U ich szczytu widnieje ciemna noc i gwiazdy. Stopnie chwieją się i trzeszczą przeraźliwe jakby, chciały powiedzieć – jesteśmy i zawsze byłyśmy pierwszymi stopniami do krainy gwiazd.
   Podobnie trzeszczały tylko raz. Były jak żywe. Jakby wyczuwając inny ciężar i rytm kroków, wydawały głośne, chrypliwe jęknięcia. Ostrzegały nas , że do dzieci zbliża się ktoś obcy. Tego wieczoru, wcześniej usłyszałam ciężkie kroki na werandzie i delikatne, jakby nieco nieśmiałe pukanie do drzwi. Pomyślałam wtedy, że ktoś zabłądził na wydmach i szuka schronienia. Pogoda była burzowa, nie nastrajała do spacerów. Otworzyłam. W drzwiach stał postawny mężczyzna, ubrany w znoszony płaszcz przeciwdeszczowy i czapkę marynarską. Dobrze przystrzyżona, siwa broda zasłaniała rysy twarzy, ale gdy spojrzałam w jego oczy, nie umiałam powiedzieć ani słowa. Tak samo błękitne, pełne pasji i życzliwości. Miałam wrażenie, że od nieznajomego bije ciepło, że jest on kimś dobrym i bliskim. Mężczyzna jednak nie odezwał się. Widocznie spodziewał się, że drzwi otworzy mu ktoś inny.
   Krzysztof chyba zauważył moje zaskoczenie. Spojrzał na mnie i zapraszając nieznajomego do wnętrza, powiedział z uśmiechem:
Joasiu, poznaj nieustraszonego wilka morskiego. To mój ojciec.
W głosie Krzysztofa usłyszałam jednak nutkę zmieszania, jakby ta wizyta nie sprawiła mu przyjemności.
   Tamten wieczór był zaskoczeniem dla nas trojga. Atmosfera była delikatnie napięta. Panowie długo się nie widzieli. Ojca nie było nawet na naszym ślubie, a Krzysztof zbyt wiele też mi o nim nie opowiadał. Wiedziałam tylko, że wychowywały go matka i babcią, ale to przecież nic nadzwyczajnego w marynarskiej rodzinie. O więcej nie pytałam. Mimo wszystko tego ojca miał, a ja nawet takiego szczęścia nie dostąpiłam. Nigdy nie widziałam mojego ojca. Podobno zatonął podczas połowu, gdzieś na morzu i taka wiadomość musiała mi wystarczyć.
   Skrępowanie minęło po małej lampce wina i kilku marynarskich, rubasznych żartach. Opowiadaliśmy mu więc teraz o wszystkim, jakby chcąc nadrobić stracony czas. O tym jak się poznaliśmy, o ślubie, naszych dzieciach. Był bardzo ciekaw jak rosną, czy są zdrowe i jak radzą sobie w szkole. Podziwiał modele statków Krzysztofa i opowiadał o wspaniałych miastach, jakie zwiedził po drugiej stronie oceanu, kolorowych neonach portowych, o ludziach i ich życiu w różnych zakątkach świata. Dużo mówił o ludzkiej życzliwości i radości życia, dzięki którym potrafił przetrwać najgorsze chwile na morzu. Wspominał też długie rejsy i tęsknotę za lądem... Słuchałam  zauroczona, nie odrywając ani na chwilę oczu od tego bądź co bądź obcego mężczyzny. Coś mnie do niego przyciągało. Nie było to uczucie, jakie czuje do siebie dwoje przeznaczonych sobie ludzi. To było zupełnie coś innego. Odnosiłam wrażenie, że brakuje mu domu, rodziny… A może tak mi się tylko wydawało?
   Nigdy nie miałam głowy do większej ilości alkoholu, a tego wieczoru wszyscy wypiliśmy chyba zbyt dużo. Gość musiał zauważyć moje zmęczenie, bo wstał, aby się pożegnać. Chciał tylko, jeszcze przed wyjściem, choć raz spojrzeć na dzieciaki. Tamtego wieczoru nie zwróciłam na to uwagi, ale to właśnie wtedy schody pierwszy raz wydały swój niegościnny szorstki pomruk.
   Tuż przed wyjściem ojca Krzysztofa, zaproponowałam żeby zjadł wspólnie z nami niedzielny obiad. Byłaby to świetna okazja, abyśmy wszyscy poznali się po tylu latach.
Dzieci będą szczęśliwe, a mojej mamie też z pewnością będzie miło, jeśli tato przyjdzie zapewniałam, pisząc na kartce rozchwianymi literami adres. Mama mieszka w niedużej kamienicy w centrum miasta. W milczeniu schował kartkę z adresem do kieszeni. Chyba nawet nie podziękował, a jego oczy smutnie przygasły. 
   W niedzielne południe wszyscy czekaliśmy w napięciu. Dzieci jak zwykle biegały po wszystkich pokojach ślizgając się na dywanikach tkanych z różnokolorowych kawałków materiałów. Moja mama, kochana, mocno już posiwiał kobieta, krzątała się między kuchnią i salonem. Biegała przez korytarz przystrojony pamiątkowymi zdjęciami. Będąc gospodynią chciała przygotować wszystko perfekcyjnie. Cały dom pachniał jak w Święta. Bardzo starałam się nie pokazywać swojego podniecenia na myśl, że wreszcie dzieci poznają swojego dziadka. Nie chciałam też wprowadzać Krzysia swoim zachowanie w zakłopotanie. Pamiętam to dziwne uczucie. Miałam nadzieję, że gdy dzieci go zobaczą nie będę jedyną, której udzieli się radość ze spotkania. Krzysztof pewnie też niecierpliwie czekał na tę wizytę, ale – sama już nie wiem czy potrafił ukryć swoje uczucia, czy też moje emocje nie pozwoliły mi zauważyć, co on teraz przeżywał?

***
   Punktualnie o umówionej godzinie zadzwonił dzwonek domofonu. Wszyscy jakby na sekundę zamarli. To on, już jest, przyszedł. Moje podekscytowanie rosło z każda sekundą. Przycisnęłam do siebie dwójkę stojących najbliżej dzieci. Czułam jak szybko biją ich małe serduszka. Spojrzały na mnie pytającym wzrokiem. Milczałam jak zahipnotyzowana. Krzysztof poszedł otworzyć. W słuchawce domofonu słychać było przyciszony męski głos. Krzysztof spojrzał po nas, odłożył słuchawkę. Nic nie powiedział, nałożył tylko płaszcz i zamknął za sobą drzwi. Nie wiedziałam, co się stało. Zostawiając dzieci, podeszłam do okna w salonie. Stali tam, na dole. Wiatr targał im płaszcze ciężkie od rzęsistego deszczu. Rozmawiali o czymś bardzo poważnie. Mogłam wyczytać to tylko z miny Krzysia. Twarzy jego ojca nie mogłam dostrzec, stał tyłem.
   Po kilku chwilach usłyszałam tłumione kroki na schodach i cichy trzask zamykanych drzwi. Krzysztof wrócił. Był blady. Powiedział tylko, że ojciec nie mógł wejść, że miał bardzo ważny powód. Coś się stało. Cierpliwie czekałam aż powie, choć słowo, co usłyszał od ojca, tam na dole. Gdyby nie dzieci i ich rozgadane buzie, obiad zjedli byśmy w całkowitym milczeniu.
   Mijały dni. Od tamtej niedzieli Krzysztof nie odezwał się ani jednym słowem. Stał się niedostępny, jakby coś zamknęło go w miejscu, we wnętrzu, do którego nikt nie ma dostępu. Przestał bawić się z dziećmi, nie siadał już na szczycie schodów żeby wspólnie posłuchać ciszy. Nawet jego małe modele statków przestały go interesować. Wyglądał jakby całkowicie stracił kontakt z życiem. Jedynym świadectwem jego obecności były butelki. Pełne i puste. Wszystkie stojące lub leżące w całkowitym nieładzie, brzękiem rozbijające narastającą ciszę.
   Próbowałam z nim rozmawiać, mając nadzieję, że uda mi się poruszyć choć cząstkę jego zadumy, że jakiś impuls, gest sprawi, że wróci do nas, do mnie. Miałam nadzieję dowiedzieć się przyczyny, która spowodowała w nim tę okropną zmianę .
   Mój ukochany nic nie mówił, nawet na mnie nie patrzył. Kilka dni później wyszedł i już nie wrócił. Poczułam rozdzierający smutek. Jak wtedy, gdy tęskniłam za ojcem jednocześnie wiedząc, że nigdy go nie zobaczę.
Zamieszkałam z dziećmi u mojej matki. Miały tu dobrą opiekę i ciepłe posiłki, których ja nie byłam im w stanie od kilku dni przygotowywać. Miały też bliżej do szkoły, do której dotychczas odwoził je Krzysztof. Teraz musiały stać się bardziej samodzielne.
   Podczas ich pobytu na lekcjach, miałam czas na szukanie mojego męża. Wypytywałam ludzi w miasteczku, czy może przypadkiem gdzieś go widzieli, a po kilku dniach zgłosiłam zniknięcie Krzysztofa w miejscowym komisariacie. Powiedzieli, że zajmą się całą sprawą i żebym czekała w domu na wiadomości. Nie umiałam. Szalony niepokój nie pozwalał nie tylko spać, ale nawet usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Zrobiłam ogłoszenie wykorzystując ostatnie, aktualne zdjęcie Krzysia i rozlepiłam je po całym mieście. Teraz naprawdę pozostało mi tylko czekać.

***
   Zbliża się świt. Powietrze ma słono gorzki smak. Mewy skrzeczą nad spokojną taflą porannego morza. Zataczają kręgi nad tym, co pozostało z małego, niebieskiego domku na wydmach. 
Dzień dobry. Siedziała tu Pani całą noc?
Inspektor widząc mnie przemarzniętą, z nieukrywanym współczuciem nalał ze swojego termosu i podał kubeczek ciepłej herbaty. Niemrawo zaczynałam wybudzać się z zadumy i odrętwienia.
   Wśród resztek ścian policjanci rozpoczęli przeszukiwanie pogorzeliska. Hałas przerzucanych z miejsca na miejsce kawałków ścian, stropu i mebli był nie do zniesienia. Postanowiłam nie przeszkadzać im w pracy. Zdecydowałam, że pójdę nad brzeg morza i trochę rozprostuję zmarznięte kolana.
   Powoli, boso poszłam w stronę morza, moje stopy zapadały się w piasku, wilgotnym od porannej bryzy. W pewnym momencie dobiegł mnie głos jednego z policjantów.
Panie inspektorze, tutaj! Coś znalazłem! oznajmiał podekscytowany, odgarniając coś, co mogło kiedyś być naszym stołem w jadalni. Teraz, z oddali nie przypominał zupełnie niczego. Muszę dowiedzieć się, co znalazł. Zawróciłam.
   Przed szczątkami, które były kiedyś wejściem na naszą werandę inspektor zatrzymał mnie. Powoli, patrząc mi prosto w oczy i badając, ile jestem w stanie wytrzymać, powiedział:
To nie będzie dla Pani miły widok zawahał się.
Krzysztof? Znalazł pan Krzysztofa? zapytałam drżącym głosem, błagając los, żeby to nie ciało mojego męża leżało pod tymi deskami.
Przykro mi. Nie przestając uważnie mnie obserwować dodał, że znaleziono przy zwłokach nadpalone, ale czytelne dokumenty oraz coś, co wydało mu się dziwne.
W całej swojej karierze policyjnej nie widziałem czegoś takiego powiedział, podając mi osmoloną butelkę po winie. To była ta sama butelka, którą Krzysztof podarował mi dawno temu prosząc abym jej strzegła.
Trzymał tę butelkę przyciśniętą mocno oburącz do piersi, jakby nie chciał, aby ktokolwiek ją dotykał. Znałem dobrze Krzysztofa i wiem, że bardzo panią kochał. Postanowiłem więc, oddać ją pani. Pozwoliłem sobie też odkorkować. Pani Joanno, może pani będzie wiedziała, czy to może coś oznaczać? 
   Znałam tą butelkę. Przez całe lata stała na półce w salonie, pośród innych pamiątek.
  Zaglądając do środka przez wąska szyjkę butelki niewiele można było zobaczyć. Poprosiłam inspektora żeby ją rozbił. Sama nie miałam siły tego zrobić. Uczynił to wahając się przez chwilę. Szkło rozsypało się, a odpryski zamigotały w słońcu. Z butelki wypadł skrawek papieru. Inspektor schylił się, podał mi i odszedł zostawiając samą. Nie potrafiłam opanować drżenia rąk. Kartka. Z jednej strony niespodziewana wiadomość nakreślona dłonią ukochanego, z drugiej testament. Musiałam przeczytać jej treść. I rozwinęłam rulonik.

   Świat zawirował. Nie słyszałam głosów ludzi, mew, nie słyszałam szumu morza, nie czułam nawet słonecznych promieni. Wszystko zniknęło, ulotniło się wraz z niewyraźnymi wstęgami dymu.
  Znów siedzę sama na schodach. Obok leży kartka, a na niej kilka rozchwianych słów. „Jesteśmy rodzeństwem. Kocham Cię.” Nic więcej.
Wszystko wokół zdaje się być obce, a zarazem spokojne. Schody też są spokojne. Już nie trzeszczą.

wtorek, 14 sierpnia 2012

"Agnes w Wenecji"

Autor:    Beata Pawlikowska


 „Tomku, moja nowa książka jest zupełnie inna. Pisałam ją przez rok, choć właściwie mam wrażenie, że ta książka napisała się sama. Jestem ciekawa twojej opinii. Pozdrawiam. Beata Pawlikowska”
Popełniając małe zuchwalstwo, z powodu zbieżności mojego imienia z imieniem adresata, pozwoliłem sobie zacytować autorkę i osobiście potraktować postawione w nim wyzwanie.
„Agnes w Wenecji” to całkowicie inna książka, nawet powiem więcej, to inna Beata niż ta, którą znamy lub sobie wyobrażamy na podstawie książek, filmów i audycji. To książka o kobiecie i jej świecie wewnętrznym, którym żyje, w którym się chowa, który jest niezgodą na to, co ją otacza. Autorka, w sposób delikatny i niezwykle kobiecy napisała książkę, jakiej do tej pory nie było na polskim rynku. Ta książka jest jak mapa kobiecej duszy przystrojonej w poetyckie pejzaże. Pełna jest zmysłowej melancholii i erotyzmu ukrytego między zdaniami. Autorka odkrywa przed nami świat dostępny tylko najbardziej wyczulonym zmysłom. Jest to świat zarazem piękny i smutny. Zbudowany dawno temu, w nieodgadniony sposób, z muzyki, wrażliwości i odkrywania świata. Jest to też świat, pełen wrażliwości, która każe gnać wciąż przed siebie, aby zapomnieć, aby zostawić za sobą samotność, która z czasem staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Kolejny wieczór, kolejne rozczarowanie, kolejny raz niespełnione pragnienie by usłyszeć brzmiące słodko to jedno słowo i móc się zatrzymać. Znów Agnes musi biec, uciekać. Ucieka do Wenecji gdzie staje się poetycką „właścicielką cukierni”. Tu, w mieście miłości, malarstwa i muzyki spotyka trzech mężczyzn. Namiętność rozpala ją i odkrywa całkiem nowe świat, których istnienie przeczuwała. Odkrywa, że te trzy światy to trzy namiętności jej życia. Są ze sobą złączone, jak przyjaźń trzech mężczyzn. Odkrywa ich siłę, jaką czerpią, gdy są razem i słabość, gdy zbyt długo nie mogą się spotkać. Dla nich jest w stanie oddać się cała. Staje się słodyczą o smaku czekolady dla Marco, Antonia i Giacomo. Widzi, że każdy z nich potrafi dostarczyć i rozkoszy i smutku. Postanawia, że będzie walczyć, że każdemu z nich da niezapomnianą słodycz i dzięki temu wszyscy trzej pozostaną w przyjaźni i harmonii. Ona zaś pozostanie samotna.
„Agnes w Wenecji” to poniekąd książka filozoficzna. Autorka stawia pytania o swoje szczęście, swoje życie i swoją samotność. Szuka przeczącej odpowiedzi na pytanie czy Miłość to naprawdę tylko „krótki akt prowadzący do spełnienia”. Czy znajdzie odpowiedź?

T.R.Głogowski

Instytut Wydawniczy Latarnik







piątek, 3 sierpnia 2012

"Opowieść niewiernej"

Autor:    Magdalena Witkiewicz

"Czy warto za wszelką cenę dążyć do utrzymania małżeństwa? To cytat zamieszczony przez wydawcę na okładce książki. Książka zaś to niewiele wnoszący, szkodliwy kawałek zadrukowanego papieru. Czytając, zastanawiałem się, po co została wydana ta książka, po czym przypomniałem sobie, że szczytne idee zostały zastąpione wskaźnikami zyskowności. Ale do rzeczy.
"Opowieść niewiernej" na pewno nie jest pozycją skierowaną do kobiet, chociaż każdej kobiecie książka przypadnie ze wszech miar do gustu. Powód jest prosty. Szkodliwość tego, co napisała pani Witkiewicz wynika z faktu, że jest to „manifest”, jest to głośno wypowiedziana myśl, której jedynym zadaniem jest usprawiedliwienie innych kobiet i potwierdzenie ich ślepej nieomylności. Świadczą o tym liczne fragmenty zawarte na kartach książki.
Więc co my tu mamy. Mamy do czynienia z Ewą, bohaterką wykształconą, ale zwyczajnie nieprzystosowaną do dorosłego życia. Młody wiek, którym można oczywiście wiele usprawiedliwić, zbyt małe doświadczenie w kontaktach męsko-damskich, i nie mam na myśli sfery intymnej, bo ta jest w jakimś stopniu rozwinięta. Do tego trzeba dodać jeszcze lęk przed samotnością. To wszystko powoduje, że Ewa, podejmując tak ważną decyzję, jaką jest zamążpójście, pozwala dojść do głosu emocjom. Pierścionek, oczekiwana biała suknia, kwiaty, wesele, są ważniejsze niż cała późniejsza przyszłość. Można by powiedzieć: Nie ważne, z kim, ważne, że się oświadczył. Ewa przenosząc radość oświadczyn na wyobrażenie sielskiego życia w nieustającej miłości popełnia pierwszy błąd. Reszta to opis konsekwencji tego błędu i dalsze uleganie emocjom. Taki przykład, choć życiowy, najlepszy nie jest.
Bohaterka słusznie nie jest zadowolona ze swojego związku. Dbanie o dom, starania o męża, jakie by nie były, nie przynoszą oczekiwanych efektów. „Ile na początku wynegocjujesz, tyle masz”. Takie motto wymyśliła autorka. Trzeba tylko wiedzieć, z kim się negocjuje i czy warto. Ewa najwidoczniej ma z tym problem. Jak to zwykle bywa, dopiero po ślubie opadają zasłony i na światło dzienne wychodzi prawdziwy charakter ukochanego. No, i jak tu wyjść z takiego związku, w którym nie ma miłości? I znów górę biorą prymitywne instynkty. Bohaterka wplątuje się w romans. Właściwie nie ma znaczenia czy zna tego mężczyznę, czy nie. Ważne, że podczas pierwszego spotkania „coś zaiskrzyło”, a potem było czerwone wino. Potem jest miło, serce szybciej bije, znów czuje, że żyje, że jest młoda i atrakcyjna. Ponieważ cała historia jest mocno przewidywalna, można się domyślić, że ta sielanka też nie będzie trwa wiecznie. Któregoś dnia Ewa pisze do swojej przyjaciółki ”... Paweł to świnia...”. Pech chce, że wiadomość dochodzi omyłkowo na telefon… zgadnijcie czyj?
Pomimo wszystko powinienem być wdzięczny autorce za tę książkę. Zrobiła coś, czego chyba nie odważyła się, w tak spektakularny sposób zrobić wcześniej żadna kobieta. Opisując losy, myśli i decyzje Ewy, autorka obala stereotyp, który nie pozwala zaistnieć w pełni, tak pożądanemu przez Panie równouprawnieniu. Teraz możemy śmiało powiedzieć: „Nie tylko facet to świnia”.


Tomasz R.Głogowski
Książka otrzymana dzięki uprzejmości autorki Magdaleny Witkiewicz
Wydawnictwo
Interesujące Cię książki znajdziesz w E-bookarni Pana Szczura

wtorek, 3 lipca 2012

"Performens"

autor:    Karolina Wilczyńska

Uważaj o czym marzysz – tak, w wielkim skrócie można by opisać to co niesie ze sobą lektura książki Karoliny Wilczyńskiej „Performens”. Byłbym jednak bardzo niesprawiedliwy gdybym na tym zakończył.

Przyjemnie grzejące słońce, kawa parująca o świcie na ganku przed domem, śpiew ptaków, zapachy lasu, świeżo zerwanych jagód, chleba z domowego pieca i gałązek jałowca, trzaskających w kominku. Tymi wrażeniami autorka bez skrupułów wciąga w świat, który będzie miejscem wydarzeń zarówno pięknych, wesołych jak i dramatycznych. Mamy okazję poczuć, niemal na własnej skórze „folklor” wiejskiego życia, wraz z jego wadami i mądrościami. Razem z bohaterką możemy przeżywać, upragnioną przez większość, burzliwą miłość i, nieoczekiwany dramat rozstania. Możemy również odczuwać radość bohaterki z realizacji swoich marzeń i, smutek, gdy okazuje się….. więcej nie będę zdradzał.

Największą wartością tej książki są dwie myśli, które towarzyszą nam niemal od początku całej historii. Pierwsza z nich: „Niektórzy nie wiedzą, że umarli i żyją dalej. Inni wiedzą, że umarli i bardzo się z tym męczą do końca życia” zmusza do zastanowienia się nad samym sobą, nad swoim życiem i tym, czego tak naprawdę chcemy dla siebie. Druga myśl: „wszystko na świecie powinno mieć swoją parę. I ludzie, i zwierzęta, i nawet drzewa”. Mądrość książki pokazuje, że nawet przeciwności takie jak dobro – zło, piękno – brzydota, euforia – depresja, tworzą pary, mimo że w życiu nie występują równocześnie. Tą myślą, autorka chce dać nadzieję, tym którzy sądzą, że nic już ciekawego nie wydarzy się w ich życiu, że to, co jest już tak zostanie. Życie jednak robi swoje, więc smutek może zmienić się w radość a porażka w sukces. Musimy być tylko na to przygotowani. Jaka rolę odegrają te prawdy w życiu bohaterki, dokąd ją zaprowadzą? Czy spełni swoje marzenia?

A Ty, czy powinieneś przestać marzyć? Czy powinieneś przestać dążyć do tego wszystkiego, co spowoduje, że poczujesz się szczęśliwy, spełniony, silny? Na to pytanie odpowiedź trzeba znaleźć samemu. „Performens” na pewno nie ułatwi tego nikomu, ale z całą pewnością może być początkiem jej poszukiwania.

Tomasz R.Głogowski

Dziękuję autorce, Pani Karolinie Wilczyńskiej za przekazanie książki.

Self Publishing

Interesujące Cię książki znajdziesz w E-bookarni Pana Szczura